Dla Polski eskalacja wojny Rosji ma inny ciężar niż dla państw położonych daleko od wschodniej flanki NATO. Bliskość Rosji, Białorusi i Ukrainy, rola Polski w dostawach i ruchu wojsk sojuszniczych oraz rozbudowa obrony na wschodzie sprawiają, że ryzyko presji militarnej i hybrydowej jest wyższe. Nie oznacza to jednak, że najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest od razu pełnoskalowy atak rakietowy.

Pierwszy poziom eskalacji już dziś ma charakter hybrydowy. ABW w raporcie opublikowanym we wrześniu 2026 roku wskazała wysoką aktywność grup powiązanych z Rosją i Białorusią. Polska pozostaje celem cyberszpiegostwa, operacji wpływu i działań wymierzonych w podmioty strategiczne. Atak na systemy sterowania w sektorze energetycznym pod koniec 2025 roku pokazał, że próba zakłócenia infrastruktury nie musi prowadzić do długotrwałego blackoutu, aby mieć znaczenie jako test odporności państwa.

Do tego dochodzą prowokacje i incydenty w przestrzeni powietrznej oraz na Bałtyku. Ministerstwo Obrony Narodowej, opisując rozwój Tarczy Wschód, wymienia cyberataki, uszkodzenia infrastruktury bałtyckiej, naruszenia przestrzeni powietrznej oraz incydenty z dronami i rakietami jako element współczesnej presji hybrydowej. W praktyce oznacza to potrzebę ciągłego monitorowania granic, sieci i infrastruktury bez przechodzenia automatycznie do logiki wojny.

Najgroźniejszy scenariusz pojawia się w chwili bezpośredniego konfliktu Rosji z NATO. Sojusz publicznie ocenia, że Rosja dysponuje bezzałogowcami, pociskami manewrującymi, balistycznymi i hipersonicznymi. W otwartej wojnie zagrożone byłyby przede wszystkim funkcje wojskowe, obrona powietrzna, dowodzenie i logistyka bezpośrednio wspierająca działania sojuszu. Nie da się odpowiedzialnie wskazać konkretnych obiektów, które miałyby zostać zaatakowane; zależałoby to od sytuacji operacyjnej i decyzji politycznych.

Dla ludności cywilnej duże znaczenie miałaby jednak sama skala alarmów i zakłóceń. Nawet bez trafień w miastach częstsze zamknięcia przestrzeni powietrznej, ograniczenia ruchu, ochrona infrastruktury, problemy z łącznością i kampanie dezinformacyjne zmieniłyby codzienne funkcjonowanie. Państwo musiałoby równocześnie utrzymywać usługi publiczne, transport, energetykę i mobilność wojska.

Gospodarka zareagowałaby szybko. Pierwszym kanałem byłaby premia za ryzyko. Złoty, obligacje i giełda znalazłyby się pod presją, a koszt finansowania firm i państwa mógłby wzrosnąć. Drugi kanał to handel i transport. Polska jest ważnym korytarzem dla przepływu towarów między zachodem i wschodem Europy; wojna zwiększałaby kontrole, koszty ubezpieczenia i ryzyko opóźnień.

Trzeci kanał to energia. Europejskie doświadczenia po ograniczeniu rosyjskich dostaw gazu pokazały, że skok cen energii obniża konkurencyjność, inwestycje i konsumpcję. Nawet jeżeli fizyczne dostawy do Polski pozostawałyby stabilne, ceny na wspólnym rynku europejskim reagowałyby na każdy większy kryzys.

Czwarty koszt to budżet. Polska już inwestuje w obronę i ochronę wschodniej granicy, a w razie eskalacji wydatki na wojsko, cyberbezpieczeństwo, obronę cywilną i naprawę infrastruktury rosłyby szybciej. NATO zakłada dojście do pięciu procent PKB na obronę i wydatki bezpieczeństwa do 2035 roku, w tym na infrastrukturę i odporność cywilną. Kryzys mógłby wymusić część tych nakładów wcześniej.

Polska ma więc jednocześnie dwie potrzeby: odstraszać atak konwencjonalny i ograniczać przestrzeń dla działań poniżej progu wojny. Im lepiej państwo utrzyma energię, łączność, transport i wiarygodną informację podczas kryzysu, tym mniejsza będzie możliwość wywierania presji bez formalnego rozpoczęcia wojny.

Autor

Bezpieczeństwo i świat

Tomasz Baran — bezpieczeństwo i świat, Rytm Kraju.