Dla Polski najważniejszym sygnałem ostatnich dni nie jest zapowiedź wielkiej rosyjskiej ofensywy przeciw NATO. Takiej decyzji nie potwierdzają publiczne dane. Znacznie bardziej realne staje się pytanie o ograniczoną prowokację, która miałaby sprawdzić, jak szybko i jak zgodnie Sojusz zareaguje.
Premier Donald Tusk powiedział 29 sierpnia, że rosyjska eskalacja trwa, a najbliższe sześć miesięcy może mieć znaczenie rozstrzygające. Dodał, że nie można wykluczyć prowokacji przeciw jednemu z państw NATO. Dla Warszawy nie jest to nowy kierunek myślenia. W lipcu przywódcy Litwy, Łotwy i Polski ostrzegali przed możliwością ograniczonych działań wojskowych lub hybrydowych przeciw infrastrukturze krytycznej na wschodniej flance.
Tę samą sekwencję sygnałów opisuje szerzej analiza The Bizzi Route. Jej istotny wniosek brzmi: tajna podróż dyrektora CIA Johna Ratcliffe’a do Moskwy 25 sierpnia nie wygląda jak przyczyna późniejszej eskalacji, lecz raczej jak reakcja Waszyngtonu na ryzyko, które już wcześniej oceniono jako rosnące.
Według kilku amerykańskich mediów Ratcliffe ostrzegał Rosję przed atakiem na państwa NATO, a szczególną uwagę poświęcono regionowi bałtyckiemu. Washington Post podał ponadto, że amerykański wywiad uznał, iż Kreml może postrzegać USA jako osłabione i rozproszone wojną z Iranem.
Polski problem polega na tym, że test NATO nie musi przypominać lutego 2022 roku. Nie potrzeba wielkich kolumn wojsk ani wielomiesięcznej koncentracji sił. Sabotaż na kolei, atak na energetykę, dron nad obiektem wojskowym, cyberatak na administrację albo operacja z wykorzystaniem pośredników może stworzyć sytuację wystarczająco groźną, by wymusić reakcję, a jednocześnie wystarczająco niejasną, by rozpocząć spór o sprawcę i proporcjonalność odpowiedzi.
NATO już w lipcu potępiło trwałą rosyjską aktywność cybernetyczną przeciw sojusznikom i partnerom. 30 sierpnia przedstawiciel Sojuszu podkreślił jednak, że mimo wzrostu działań hybrydowych nie ma obecnie oznak bezpośrednio nadchodzącego konwencjonalnego ataku. Te dwa komunikaty nie wykluczają się. Wskazują, że główne ryzyko znajduje się dziś właśnie w szarej strefie.
Dla Polski dodatkowe znaczenie ma Białoruś. 24 sierpnia rozpoczęto tam sprawdzian gotowości 51. Gwardyjskiej Brygady Artylerii, z udziałem rezerwistów i elementami przechodzenia na stany zbliżone do wojennych. Samo ćwiczenie nie jest dowodem przygotowań do ataku na Polskę. Pokazuje jednak, że Mińsk ćwiczy mechanizmy mobilizacyjne w momencie wyjątkowo napiętej sytuacji regionalnej.
W tym samym czasie Rosja kontynuuje intensywne ataki powietrzne na Ukrainę. Presja na Kijów i presja na państwa NATO mogą służyć różnym celom, ale łączy je pytanie o odporność Zachodu: jak długo poszczególne państwa utrzymają wspólną politykę, gdy koszty i ryzyko będą rosły.
Polska odpowiedź będzie więc polegać nie tylko na wzmacnianiu granicy i armii. Równie ważna jest odporność infrastruktury, szybkie ustalanie sprawstwa, ochrona transportu i energetyki oraz mechanizmy polityczne pozwalające uniknąć chaosu informacyjnego po incydencie.
Nie ma podstaw, by ogłaszać, że rosyjski atak na Polskę jest nieuchronny. Są natomiast powody, by uznać, że Warszawa weszła w okres, w którym niewielki incydent może mieć strategiczne znaczenie znacznie większe niż jego fizyczna skala.