Departament Stanu zarządził redukcję obsady amerykańskich placówek dyplomatycznych w czterech krajach Bliskiego Wschodu: w Jordanii, Libanie, Katarze i Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Decyzja zapadła po tym, jak amerykański wywiad ostrzegł sekretarza stanu Marco Rubio, że Iran znacznie nasilił działania mające na celu atakowanie amerykańskich dyplomatów i urzędników na Bliskim Wschodzie oraz poza jego granicami.

Według przekazanych informacji irańskie plany osiągnęły już zaawansowany etap. Ostrzeżenie wywiadu zostało opisane przez agencję AP oraz portal Axios, który jako pierwszy poinformował o treści notatki kierowanej do szefa dyplomacji USA. Serwis Axios wskazał, że to właśnie ta ocena zagrożenia doprowadziła do decyzji o ograniczeniu liczby pracowników w regionie.

Redukcja personelu dotyczy placówek w czterech państwach, w których Stany Zjednoczone mają istotną obecność dyplomatyczną. Ograniczenie obsady ma zmniejszyć liczbę osób narażonych na ewentualne ataki, przy jednoczesnym utrzymaniu funkcjonowania ambasad i konsulatów. Źródła nie podały szczegółowej liczby pracowników objętych redukcją ani terminu jej zakończenia.

Doniesienia o zagrożeniu pojawiły się równolegle z ostrzejszą retoryką Waszyngtonu wobec Teheranu. W tym kontekście medium RMF24 przytoczyło wypowiedź Donalda Trumpa, który w odniesieniu do Iranu stwierdził: „Możemy zabrać im ropę”. Wypowiedź ta została zamieszczona w tytule relacji dotyczącej redukcji personelu, jednak przekazane materiały nie precyzują, w jakim dokładnie kontekście padła.

Decyzja o zmniejszeniu obsady ambasad na Bliskim Wschodzie wpisuje się w szerszą sytuację bezpieczeństwa w regionie, w której napięcia między USA a Iranem pozostają wysokie. Dla placówek dyplomatycznych oznacza to konieczność dostosowania pracy do wyższego poziomu ryzyka, choć przekazane informacje nie zawierają oficjalnego komentarza Departamentu Stanu dotyczącego skali i czasu trwania tych działań.

2Wyświetlenia

Autor

Społeczeństwo

Anna Wróblewska — społeczeństwo, Rytm Kraju.