Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, ministra funduszy i polityki regionalnej oraz przewodnicząca Polski 2050, poinformowała o odejściu z rządu Donalda Tuska. W mediach społecznościowych napisała, że wartości są dla niej ważniejsze niż stanowiska. Jednocześnie ostrzegła, że koalicja 15 października zagubiła kompas ideowy, a bez odnowy wartości, za którymi Polacy głosowali w 2023 roku, do władzy może dojść Braun.
Decyzja Pełczyńskiej-Nałęcz to kolejne odejście z gabinetu Tuska. Polityczka nie ograniczyła się do komunikatu o rezygnacji, lecz przedstawiła szerszą ocenę sytuacji w koalicji. Jej zdaniem ugrupowania tworzące rząd oddaliły się od programu, który doprowadził je do władzy. Wskazała, że bez powrotu do tych wartości obóz rządzący może ponieść polityczną porażkę, a wtedy władzę przejmą siły, które wcześniej były marginalizowane.
W czwartkowym wpisie na portalu X Pełczyńska-Nałęcz odniosła się także do swojej partii. Napisała, że zostawia ją w rękach założyciela, który odszedł, ale jednak wrócił, i życzy mu, by przypomniał sobie, w imię jakich wartości szedł do władzy. To aluzja do sytuacji wewnątrz Polski 2050, której założycielem jest Szymon Hołownia. Polityczka nie kryła, że rozczarowanie budzą nie tylko decyzje całej koalicji, ale również postawa części jej własnego ugrupowania.
Bezpośrednim tłem wystąpienia była decyzja Sejmu o utrzymaniu dwukadencyjności samorządów. Pełczyńska-Nałęcz podkreśliła, że to rozwiązanie, którego domaga się 75 procent Polaków, zostało przeforsowane pomimo głosów koalicji 15 października. Według niej znaczna część posłów Polski 2050 stanęła po stronie politykierów, a nie obywateli. Oceniła, że nie jest to pierwsza tego typu decyzja koalicji, ale fundamentalnie ważna.
Minister funduszy i polityki regionalnej pełniła swoją funkcję od grudnia 2023 roku. Wcześniej, w latach 2012–2014, była podsekretarzem stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Jej rezygnacja wpisuje się w serię zmian w rządzie Donalda Tuska, które osłabiają spójność obozu rządzącego. Pełczyńska-Nałęcz nie zapowiedziała jednak wycofania się z życia publicznego, a jedynie zakończenie pracy w Radzie Ministrów.
Jej słowa o Braunie są czytelnym sygnałem ostrzegawczym. Polityczka sugeruje, że rozczarowanie wyborców może zostać wykorzystane przez ugrupowania spoza głównego nurtu, jeśli koalicja nie wróci do wartości deklarowanych przed wyborami. W ten sposób rezygnacja jednej minister staje się elementem szerszej debaty o kierunku, w jakim zmierza rząd, oraz o kosztach politycznych, jakie ponosi za odejście od pierwotnych obietnic.
2