Amerykańska symulacja rosyjskiego ataku na Europę w 2028 roku pokazała, że reakcja Stanów Zjednoczonych na agresję Kremla może być daleko niewystarczająca. Wnioski z eksperymentu, o których pisze „The Washington Post”, wskazują wprost, że artykuł 5 NATO jest w praktyce „martwym tekstem”. To kolejny sygnał ostrzegawczy dotyczący wiarygodności sojuszniczych gwarancji bezpieczeństwa dla wschodniej flanki.
Z analizy przeprowadzonej przez amerykańskie ośrodki eksperckie wynika, że w przypadku zbrojnej konfrontacji z Rosją w Europie zaangażowanie USA mogłoby okazać się zbyt późne i zbyt słabe, by powstrzymać agresora. Artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego, zakładający, że atak na jednego członka sojuszu jest traktowany jako atak na wszystkich, w scenariuszu symulacyjnym nie przełożył się na zdecydowaną i szybką odpowiedź militarną Waszyngtonu.
Komentatorzy zwracają uwagę, że problem leży nie tylko w potencjale militarnym, ale także w świadomości amerykańskiej administracji. Jak ocenia wpływowy publicysta David Ignatius na łamach magazynu „Foreign Policy”, władze USA w dużym stopniu nie zdają sobie sprawy ze skali hybrydowych ataków Rosji w Europie ani z jej rzeczywistych intencji. Jego zdaniem ponowne zaangażowanie Waszyngtonu we współpracę z Unią Europejską i w ramach NATO jest konieczne, aby uniknąć katastrofy.
Scenariusz zakładający rosyjską agresję w 2028 roku nie jest przypadkowy. Eksperci biorą pod uwagę zarówno odbudowę potencjału militarnego Rosji po wojnie w Ukrainie, jak i możliwą zmianę priorytetów strategicznych USA, które coraz większą uwagę poświęcają rywalizacji z Chinami na Pacyfiku. W tej perspektywie Europa, a zwłaszcza jej wschodnia część, może znaleźć się poza głównym obszarem zainteresowania amerykańskiej polityki bezpieczeństwa.
Wnioski płynące z amerykańskiej „gry wojennej” są zbieżne z ostrzeżeniami formułowanymi od miesięcy przez europejskich sojuszników, w tym Polskę. Politycy i wojskowi w Warszawie wielokrotnie podkreślali, że gwarancje artykułu 5 muszą być poparte realnymi zdolnościami obronnymi i widoczną obecnością sojuszniczych wojsk na wschodniej flance. Sam zapis traktatowy, bez woli politycznej i przygotowanych planów operacyjnych, może okazać się niewystarczającą ochroną.
Eksperci biorący udział w symulacji zwracają również uwagę na rosyjskie działania hybrydowe, które w scenariuszu poprzedzały ewentualny atak konwencjonalny. Dezinformacja, ataki na infrastrukturę krytyczną, sabotaż i naciski polityczne miały osłabić spójność sojuszu jeszcze przed pierwszym strzałem. W tym kontekście ignorowanie skali tych zagrożeń przez amerykańską administrację uznano za jedno z najpoważniejszych zaniedbań.
Publikacja wyników symulacji wpisuje się w szerszą debatę o przyszłości NATO i roli USA w europejskim systemie bezpieczeństwa. Część komentatorów podkreśla, że Europa musi wreszcie wziąć większą odpowiedzialność za własną obronę, nie licząc wyłącznie na amerykański parasol ochronny. Inni zwracają uwagę, że bez zdecydowanego przywództwa Waszyngtonu sojusz może utracić wiarygodność odstraszania, co samo w sobie zwiększa ryzyko konfliktu.
Amerykańska „gra wojenna” nie jest oficjalnym stanowiskiem rządu USA, lecz eksperckim ćwiczeniem analitycznym. Jej wyniki trafiły jednak do szerokiego obiegu medialnego i wywołały dyskusję w stolicach państw NATO. Dla krajów wschodniej flanki, w tym Polski, są one kolejnym argumentem za przyspieszeniem inwestycji w obronność i wzmocnieniem europejskiego filara sojuszu.