Otwarty atak zbrojny Rosji na państwo NATO byłby jednoznaczną podstawą do militarnej odpowiedzi Sojuszu. Znacznie więcej wątpliwości budzą jednak działania hybrydowe, które wymykają się klasycznym definicjom agresji i powodują spory między członkami o to, jak należy na nie reagować. Moskwa doskonale zdaje sobie z tego sprawę i celowo balansuje w szarej strefie, z każdym miesiącem posuwając się do coraz śmielszych incydentów wymierzonych w europejskie państwa.
O rosnącym zagrożeniu mówi wprost Martin Jaeger, szef niemieckiej Federalnej Służby Wywiadowczej (BND). W jego ocenie Europa znajduje się obecnie w stanie, który można określić co najwyżej mianem „lodowatego pokoju”. Jak podkreśla, sytuacja ta może w dowolnym momencie przerodzić się w otwartą konfrontację, a Sojusz Północnoatlantycki pozostaje wobec tych działań praktycznie bezradny.
Problem leży w naturze samych ataków hybrydowych. Obejmują one szerokie spektrum działań — od cyberataków na infrastrukturę krytyczną, przez sabotaż, dezinformację, po instrumentalne wykorzystywanie migracji do wywierania presji na granice państw członkowskich. Żadne z tych działań nie stanowi wprost zbrojnej napaści, która uruchamiałaby artykuł 5 traktatu waszyngtońskiego, zakładający wspólną obronę w przypadku agresji na którekolwiek z państw Sojuszu.
Ta niejednoznaczność powoduje, że wśród członków NATO narastają podziały co do właściwej odpowiedzi. Część stolic domaga się twardej, skoordynowanej reakcji i publicznego wskazywania sprawcy, inne wolą działać dyskretnie, obawiając się eskalacji. Rosja wykorzystuje te różnice, testując granice wytrzymałości Sojuszu i sprawdzając, na ile może sobie pozwolić bez ryzyka poważniejszych konsekwencji.
Eksperci zwracają uwagę, że celem Moskwy nie jest wywołanie klasycznej wojny, lecz osłabienie spójności NATO i wywołanie poczucia niepewności w europejskich stolicach. Każdy kolejny incydent ma pokazać, że Sojusz nie jest w stanie skutecznie chronić swoich członków przed zagrożeniami spoza tradycyjnego pola walki. W efekcie państwa członkowskie coraz częściej muszą radzić sobie z tymi wyzwaniami samodzielnie lub w małych grupach, co dodatkowo osłabia jedność.
Słowa szefa BND wpisują się w szerszy trend ostrzeżeń płynących z zachodnich służb wywiadowczych. W ostatnich miesiącach zarówno amerykańskie, jak i brytyjskie agencje wielokrotnie alarmowały o wzmożonej aktywności rosyjskich służb w Europie, w tym o przygotowaniach do sabotażu na infrastrukturze energetycznej i telekomunikacyjnej. Choć konkretne przypadki różnią się między sobą, wspólny mianownik pozostaje ten sam: Rosja konsekwentnie unika działań, które mogłyby zostać jednoznacznie zakwalifikowane jako akt wojny.
Dla NATO oznacza to konieczność wypracowania nowych mechanizmów reagowania, które byłyby skuteczne również poniżej progu konfliktu zbrojnego. Póki jednak takie mechanizmy nie powstaną, Sojusz pozostaje w dużej mierze bezradny wobec działań, które nie są wojną, ale pokojem już dawno przestały być.