Ustawa o wzmocnieniu nadzoru sądowego nad kontrolą operacyjną trafiła do podpisu prezydenta Karola Nawrockiego. Nowe przepisy mają zmienić zasady, na jakich służby sięgają po podsłuchy, kontrolę korespondencji i inne formy inwigilacji, a także wzmocnić rolę sądów w zatwierdzaniu takich działań. To jedna z tych decyzji, które bezpośrednio dotykają praw obywatelskich, dlatego jej los zależy teraz od jednego podpisu.
Ustawa nie jest jednak tym, co rząd zapowiadał wcześniej. Jak wskazują jej krytycy, tytułowe wzmacnianie nadzoru w praktyce odbiega od kompleksowej reformy, którą obiecywano. Mimo to nowe przepisy oznaczają więcej niż to, co w tej dziedzinie udało się osiągnąć przez ostatnie dwadzieścia lat. Innymi słowy, to krok naprzód, ale znacznie krótszy, niż oczekiwano.
Kontrola operacyjna to jeden z najbardziej wrażliwych obszarów działania państwa. Służby mogą dzięki niej gromadzić dane o obywatelach bez ich wiedzy, a skala i sposób wykorzystania tych uprawnień od lat budzą wątpliwości organizacji społecznych i części prawników. Dlatego każda zmiana w tej dziedzinie jest uważnie śledzona, a pytanie o to, kto i na jakich zasadach może zatwierdzać inwigilację, ma znaczenie ustrojowe.
Nowe przepisy mają wzmocnić nadzór sądowy, czyli zwiększyć rolę niezależnych sądów w procesie autoryzacji działań operacyjnych. To rozwiązanie, które od lat postulowano, argumentując, że zgoda prokuratury nie jest wystarczającym zabezpieczeniem przed nadużyciami. Ustawa ma więc wprowadzić mechanizmy, które w większym stopniu niż dotychczas wiążą decyzję o inwigilacji z oceną sądu.
Zdaniem organizacji obywatelskich to jednak rozwiązanie połowiczne. Wskazują one, że ustawa nie realizuje pełnej reformy, którą zapowiadano, i pozostawia szereg luk. Mimo to przyznają, że w obecnych warunkach politycznych jest to wszystko, na co można realnie liczyć w najbliższym czasie. Taka ocena pokazuje, jak trudno w praktyce przeprowadzić zmiany w obszarze nadzoru nad służbami.
Teraz kluczowa jest decyzja prezydenta. Karol Nawrocki może ustawę podpisać, zawetować albo skierować ją do Trybunału Konstytucyjnego. Każdy z tych scenariuszy ma inne konsekwencje. Podpis oznacza wejście w życie przepisów, które — choć oceniane jako niewystarczające — mają zwiększyć kontrolę nad inwigilacją. Weto lub skierowanie do trybunału odsunęłoby zmiany w czasie i pozostawiło obecne zasady w mocy.
Sprawa jest istotna także dlatego, że dotyczy równowagi między bezpieczeństwem państwa a prawami jednostki. Służby potrzebują skutecznych narzędzi, ale ich użycie musi podlegać kontroli. Ustawa próbuje tę równowagę poprawić, choć — jak przyznają nawet jej zwolennicy — nie robi tego w sposób kompleksowy. Ostateczna ocena zależeć będzie od tego, jak nowe przepisy będą stosowane w praktyce.
Na razie nie wiadomo, kiedy prezydent podejmie decyzję. Ustawa czeka na podpis, a wraz z nią oczekiwanie na to, czy Polska zrobi kolejny krok w kierunku większej przejrzystości działań służb, czy pozostanie przy rozwiązaniach, które przez ostatnie dwie dekady uchodziły za niewystarczające.
8